Hazyview. Afryka.

Cześć.

Pierwszym naszym miejscem postojowym w RPA była miejscowość Hazyview, do której musieliśmy pokonać jeszcze ponad 300 km z lotniska.

Nasze pierwsze wrażenia, co nas zaskakiwało na afrykańskich autostradach? Po drodze chodziło pełno ludzi, jeździły rowery.. nawet, co oczywiście najpierw było ostrzegane znakami, pojawiały się krowy, owce.. W Polsce jak i w Holandii jest to zupełnie niespotykane!

Przy drogach rosło pełno palm i kaktusów, domy ogrodzone były kolczatką lub płotem pod napięciem, a w każdej mijanej miejscowości oczywiście było KFC oraz uwielbiana przez afrykański naród Coca-cola:)

Ale trzeba przyznać autostrady mają bardzo ładne! Lepsze, niż niejedna autostrada w Polsce.. A najlepsze było to, że jakieś prace na drodze wykonywali w większości bez użycia jakiegokolwiek sprzętu a ostrzeżeniem nie był postawiony znak tylko człowiek machający czerwoną flagą. I co najważniejsze – wszędzie było czysto, nie walały się żadne śmieci..

Nocleg mieliśmy zaklepany w Aan de Vliet. Muszę przyznać, że to miejsce zrobiło na mnie mega wrażenie. Obsługa mega miła, a otoczenie.. piękne! Nie mogłam wyjść z podziwu. Fajna, okrągła chatka, a do tego wkoło pełno zieleni. Za płotem mieliśmy rzekę i co najlepsze – było ostrzeżenie, że są tam hipopotamy i krokodyle!

 


 

Byłam zauroczona tym miejscem. Te nowe zapachy (szkoda, że nie można ich zapakować i zabrać ze sobą..) i do tego pełno dziwnych dźwięków, które wydawały różne ptaki, owady czy inne stworzenia, aż człowiek wyczuwał potrzebę, żeby dowiedzieć się kto wydobywa z siebie taki dźwięk! No naprawdę, robiło to wrażenie na mnie!

Ze względu na to, że dotarliśmy dosyć późno na miejsce (po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze popodziwiać widoki, porobić zdjęcia, a krajobrazy tam są mega.. szczególnie jak jedzie się w górach – a w większości właśnie takimi drogami jechaliśmy!), zwiedzanie zaczęliśmy następnego dnia. Wstaliśmy wcześnie, żeby szybko zjeść śniadanie (te nieszczęsne English breakfast i jaja robione na milion sposobów..) i szybko wskoczyliśmy w auto.

Po drodze wjechaliśmy do sklepu w mijanej po drodze małej miejscowości i przy okazji pochodziliśmy sobie trochę po mieście. Pierwszy raz zobaczyliśmy wtedy albinoskę (później widzieliśmy ich jeszcze wielokrotnie co nas bardzo zadziwiło, że jest ich aż tak dużo). Nie każdy pewnie wie, ale w Afryce uznawani są oni za ‘wyjątkowych’ i są zabijani.. więcej możecie przeczytać o tym tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Prześladowania_osób_dotkniętych_albinizmem

A jeżeli chodzi o ceny w sklepie.. to jest naprawdę tanio. Kupiliśmy sobie pełno mięsa na grilla, chipsy, picie do tego węgiel i rozpałkę plus whisky i zapłaciliśmy może z 20 Euro..

Oczywiście nie obyło się bez próby sprzedania nam ręcznie robionego ptaka.. pan nas bardzo namawiał, ale nie za bardzo miałam wizję gdzie moglibyśmy to powiesić.

Za to kupiliśmy sobie figurkę żyrafy plus dwie duże afrykańskie maski i dostaliśmy w prezencie małą maskę do tego:) Sprzedawczyni opuściła nam połowę ceny (chociaż dobrze wiemy, że ceny naklejone na figurkach były z góry za wysokie)

Ostatecznym naszym celem tego dnia było udanie się na Blyde River Canyon, jednej z najpiękniejszych tras widokowych w RPA (kanion jest jednym z najgłębszych na świecie) oraz na God’s Window z którego mogliśmy podziwiać zapierający dech w piersi widok na dolinę Lowveld, która przecina Park Krugera i ciągnie się aż do Mozambiku. Naprawdę wspaniałe widoki!

 

 

I muszę się pochwalić – właśnie tam, zupełnie z zaskoczenia, Łukasz mi się oświadczył 🙂 Oczywiście powiedziałam TAK! 😀

 

 

Później wróciliśmy do domu i zastanawialiśmy się, czy nie wybrać się do sanktuarium słoni, ale w końcu stwierdziliśmy, że te pieniądze są zbyt duże za to żeby tam wejść (wychodziło chyba z 50 Euro od osoby).  Popływaliśmy sobie trochę w basenie, a następnie zapakowaliśmy lornetkę, drinka, kamerkę i aparat i wybraliśmy się na zachód słońca.A zachody tam są naprawdę piękne. I Niebo nocą jest fascynujące. Zupełnie inny gwiazdozbiór niż widywałam do tej pory.. coś warte zobaczenia!

 

 

A wieczorem urządziliśmy sobie grilla .

 

 

I niestety to był koniec naszej przygody z Hazyview, na drugi dzień musieliśmy już spakować się i ruszyć dalej.

Kolejne atrakcje przed nami!

 

 

Pozdrawiamy i zapraszamy na film!

 

Dodaj komentarz