St. Lucia, RPA, Afryka. W poszukiwaniu hipopotamów.

Hej.

Oj dawno mnie tu nie było.. Ostatnio mam wrażenie, że chce zrobić więcej rzeczy niż jest dni w kalendarzu. Ale w końcu znalazłam chwilkę, żeby tu przysiąść i coś napisać odnośnie Afryki..  wspomnienia niestety z każdym dniem się zacierają, ale (na szczęście!) mamy 10 godzin filmików, a ostatnio w Polsce wywołaliśmy sobie ponad 900 zdjęć, także w kilka chwil mogę przywołać te wspomnienia z powrotem 😉

 

I tu przed nami kolejne miejsce do którego dotarliśmy – St. Lucia. W końcu miejscowość nad moim ukochanym oceanem! W końcu woda! W końcu plaża!

Na początek ogarnęliśmy się w hotelu (który jest bardzo przyjemny – Shonalanga Lodge https://www.shonalanga.net). Po ‘podwórku’ biegały mangusty, które są bardzo znane z tego, że potrafią upolować jadowite węże, takie jak żmije czy kobry. Ale przed nami ogólnie uciekały więc nie było się czego bać 🙂 .

Jedyne co nam się nie podobało w tym hotelu to to, że na śniadanie musieliśmy się udać do innego hotelu do którego droga zajmowała ok. 10 minut. Niby nie daleko, ale szło się kawałek drogą, po której raczej nie zaleca się spacerować ze względu na biegające hipopotamy (choć przede wszystkim ostrzegali przed spacerowanie w nocy, ale wiadomo – lepiej nie kusić losu). Ogólnie też pytaliśmy pani w recepcji czy jest ryzyko spacerowania w ciągu dnia. Pani powiedziała nam, że raczej nie, ale około 3 miesięcy wcześniej o 10 rano jeszcze hipcia biegały po mieście siejąc ogólną panikę..

A propos pokoju w hotelu, to w tym miejscu szczególnie zwróciłam uwagę na to, że w Afryce są w większości dwa osobne krany na ciepłą i zimną wodę i do tego jeszcze nie ma reguły który jest który – w każdej łazience inaczej, raz z prawej jest ciepła raz z lewej. I rzadko trafiliśmy na jakiś prysznic ze ściąganą słuchawką.. niezbyt praktyczne, ale trzeba było się przyzwyczaić.

 

 

Po zalokowaniu się w pokoju, udaliśmy się na pobliską plaże. I powiem Wam szczerze, że poczułam się trochę nieswojo – niby miasteczko turystyczne, pełno restauracji i hoteli a jednak na plaży nie było ani jednego białego człowieka. Ale pomimo, że czuliśmy na sobie cały czas wzrok innych, to było spokojnie i przyjemnie 🙂 Nawet jedna pani chciała zrobić sobie ze mną zdjęcie 🙂

 

 

Potem rozejrzeliśmy się po okolicy i udaliśmy się nad rzekę, gdzie stały znaki ostrzegające przed wychodzeniem z auta – mogły biegać tam hipopotamy, a przy wodzie wylegiwać się krokodyle. I wiecie co? Wyszliśmy na chwilę z auta i weszliśmy na kładkę. Takie z nas ryzykanty! Oczy miałam chyba jak 5 złotych, taka wystraszona byłam. Jedyne co mnie pocieszało, to to że obok jakiś pan łowił ryby więc nie byliśmy sami. Chwile się rozejrzeliśmy i szybko do auta 😉

 

 

Ale to nie wylegiwanie się na plaży było naszym głównym celem pobytu w tej miejscowości .. tylko rejs po rzece w poszukiwaniu hipopotamów i krokodyli. Wykupiliśmy sobie kurs, który gwarantował zwrot kosztów za rejs, jeżeli nie spotkamy hipopotamów. Ale nie było takiej potrzeby – tych zwierzaczków było tam bardzo dużo!

A teraz kilka rzeczy, których dowiedzieliśmy się o tych przyjaźnie wyglądających zwierzaczkach.

Hipcia w ciągu dnia głównie taplają się w wodzie, pomaga im to uniknąć przegrzania oraz chroni przed insektami. Na ląd wychodzą dopiero o zmierzchu i w nocy w poszukiwaniu jedzenia. Potrafią zapuścić się nawet 8 km w głąb lądu!

We wodzie trzymają się w stadach składających się z dominującego samca oraz podlegających mu samic. Poruszają się odpychając się od dna i potrafią wstrzymać powietrze nawet na 6 minut. Długość hipopotama może dochodzić do ponad 4 metrów, wysokość do 1,5 metra a ich średnia masa ciała to 2 ton. Za to ich miły i sympatyczny wygląd to tylko pozory. Potrafią one otworzyć paszczę do szerokości jednego metra i biec z prędkością nawet 30 km/h! Co roku, w wyniku agresji hipopotama, ginie ponad 500 osób. (podobno zabijają rocznie więcej ludzi niż nie jeden lew, słoń czy nosorożec razem wzięte!)

Mieliśmy okazję trzymać nawet jego “ząbek” 🙂 Robi wrażenie. Niestety krokodyli za dużo nie widzieliśmy. Tylko parę razy gdzieś w oddali wynurzył się grzbiet:)  Ale za to nad głowami krążył nam orzeł afrykański 😉

Fajna przygoda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie okazja wypłynąć w taki rejs, a krokodyle wyjdą wtedy z ukrycia żeby się z nami przywitać.

 

 

I to na tyle. Na koniec oczywiście filmik.

 

 

Pozdrawiamy!

 

 

Dodaj komentarz